czwartek, 26 sierpnia 2010

Dramat Syna

Rozważanie niektórych wypowiedzi Chrystusa budzi we mnie rodzaj współczucia dla Niego. W przypadku tej Osoby Boskiej pozwalam sobie na pewien uzasadniony poziom antropomorfizacji; czyż Biblia, najlepsze źródło wiedzy o Nim, nie stwierdza, że - z jednym wyjątkiem - był On do nas, ludzi podobny? To prawda, paradoksalnie (uwielbiam paradoksy i podejrzewam, że Bóg także)  ten "wyjątek" (sześcioliterowe słowo, które, gdyby zapisać je z pominięciem ortografii, do czego, uchowaj Boże, nikogo nie namawiam, byłoby zaledwie czteroliterowym), to krótkie słowo, niesie w sobie przytłaczający ciężar i w sposób zasadniczy odróżnia Człowieka-Jezusa od absolutnie wszystkich innych przedstawicieli rodzaju ludzkiego. A przecież był człowiekiem i wyłączywszy to jedno, o czym w sposób prowokująco-zanęcający wspomniałam, "nic, co ludzkie nie było Mu obce". Podejrzewam, że chociaż uczucia, które Nim miotały (a może i targały?) nosiły te same nazwy, jakimi posługujemy się próbując opisać to, co dzieje się w nas i z nami, były nieco inne i to zarówno pod względem jakościowym jak i ilościowym. (Oj, chyba powiało dialektyką i to marksistowską ). Jednym ze smutniejszych fragmentów ewangelii spisanej przez Jana jest takie oto dość lapidarne stwierdzenie, pojawiające się niemal na początku Janowego przekazu:"Na świecie był i świat przezeń powstał, lecz świat go nie poznał. Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli." Powierzchownie, ale to bardzo powierzchownie rzecz ujmując, dostrzec by tu można kolejne odrzucenie, odepchnięcie, zamknięcie się przed kimś... wielu z nas spotkało się, a może właśnie spotyka się z czymś na kształt tego. Uczucie to nie jest nam obce. Przykro mi, Zbawicielu, że tak musiałeś się czuć. Zagłębiam się jednak, porzucając pospiesznie powierzchowność (której w żadnym znaczeniu tego słowa nie warto poświęcać zbyt wiele czasu ) w istotę Chrystusowego bóstwa i człowieczeństwa, i uczucia, jakich doświadczam są równocześnie z gatunku "mrożących krew w żyłach" jak i "zapierających dech". Jaka była Jego miłość i ile musiało jej być, skoro nie mając złudzeń co do natury człowieka i w pełnej świadomości tego, co Go spotka, mówi do Ojca: "Oto idę, oto przychodzę" To była zwielokrotniona miłość Ojca i Syna, gdy zawarli przymierze dotyczące odkupienia! (tu tracimy dech z zachwytu i podziwu!) Lecz świat Go nie poznał! Z zachowaniem wszelkich proporcji - co jest oczywiste - coś podobnego poczuł Odyseusz wracając do Itaki. Ale w wyżej cytowanym fragmencie i smutek nieporównywalnie głębszy i  każde pojedyncze słowo aż ugina się pod ciężarem, jaki w sobie niesie. Pojęcie własności - czasem wydaje nam się, że mamy coś na własność; a przecież nikt niczego nie posiada w tak pełnym i skończonym sensie jak dzieje się to w przypadku Boga Ojca i Jezusa Chrystusa i ich nieograniczonego prawa posiadania. (Teraz będzie dłuższa dygresja: ile pychy musi być we mnie, skoro podejmuję zuchwałą próbę wyrażenia tego, co jest moim przeświadczeniem o więzi Boga z Jego najszerzej pojętym stworzeniem... W trakcie pisania, uderzyła mnie jednak myśl, nowa i zupełnie niedopracowana; jakoś nieswojo poczułam się używając określenia "skończony" (wprawdzie tylko sens ) w odniesieniu do Istoty niejako z definicji nieskończonej. Myśl jest taka: to, co dla człowieka skończone, dla Boga jest nieskończone, zaś to, co dla nas nieosiągalne, odległe jak nieskończoność, dla Boga jest skończone i pełne. Niedopracowana myśl, podkreślam.) Obawiam się jednak, że także jakość i ilość bólu, a nawet udręki, jaką Chrystus przeżywał, były nieporównywalne z tym, co nam dane jest doświadczać na miarę ludzką; więc niewyobrażalne i niemierzalne były Jego emocje - zarówno te miłe, jak i te przykre. Kiedy kochał, to "aż do końca" kiedy cierpiał, to aż do śmierci. Dlatego to, co do Niego czujemy, też ma odpowiednią temperaturę (zimne albo gorące byle nie letnie). Ale co to znaczy: odpowiednią? No, dobrze, zbliżoną do odpowiedniej..  (Dygresja końcowa: Oczywiście pamiętam kto, a właściwie jakie istoty rozpoznały Odyseusza. Niemniej, dopatrywanie się jakiejkolwiek analogii między nimi a Symeonem i Anną, którzy rozpoznali Mesjasza w Dzieciątku wydaje mi się świętokradczym nadużyciem, czym prędzej więc uciekam od tej myśli. Przynajmniej do czasu). Samą siebie i tych spośród moich czytelników, którzy pogrążyli się zbyt głęboko w smutku odrzucenia, zachęcam gorąco, byśmy natychmiast przeczytali następne zdanie o tym, że dano nam prawo stać się dziećmi Bożymi! "Dzieci Boże" -to dopiero brzmi dumnie (bo człowiek też brzmi, ale czasem ciut mniej, jak śpiewał Włodzimierz Wysocki, parafrazując Maksyma Gorkiego).

2 komentarze:

  1. Zafascynowała mnie analogia między Symeonem i Anną a osobami, które rozpoznały Odyseusza (brak mi jeszcze odpowiednika dla Telemacha). Inspirujące. Jak i całość zresztą. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Lud domaga się kolejnych notek. Choć bez wywierania przesadnej presji. :)

    OdpowiedzUsuń