Skarby mojej jesieni
Myśli o Bogu, ludziach i sprawach
środa, 8 września 2010
Zasmucenie Pocieszyciela
Czy ten, kto pociesza może bywać zasmucony? Czy kucharz bywa głodny? Czy, wreszcie, szewc naprawdę chadza bez butów? Takie i im podobne pytania stawiam sobie próbując myśleć o Duchu Świętym. Bo właściwie nieczęsto myślę o Nim ale raczej Go przeżywam, cokolwiek to oznacza... Jezus Chrystus nazywa Go Pocieszycielem; w kategoriach ludzkich ( a niby w jakich innych mogłabym się poruszać?!) pocieszanie niewiele ma wspólnego z rozumem. Próby pocieszania, polegające na racjonalizowaniu sytuacji, w której pocieszania potrzebuję i pragnę, zwykle są bezowocne a nawet, co tu dużo mówić, bywają irytujące. Nauczyłam się nie mieszać zbyt często uczuć i rozumu ( optymistycznie zakładając, że przynajmniej jakąś jego dawką dysponuję ). Owszem, wiem i czuję -ale niejako osobno. Bóg Duch Święty (a także ludzie, przez których działa) mają taką cechę iż dostarczają pociechy w sposób niezwykle naturalny, po prostu "samym sobą", czy też "samymi sobą". Dlatego, że są. Niekoniecznie w sposób fizyczny odczuwam ich obecność - raczej w sposób duchowy, tak, to jest właściwy kontekst użycia tego przymiotnika, w zasadzie stosowanego przeze mnie bardzo, ale to bardzo oszczędnie...(tutaj będzie krótkie ubolewanie nad brakiem w naszym języku słowa "duszewny", które znakomicie służyłoby tym z nas, którzy skłaniamy się ku trychotomii raczej niż dychotomii, w kwestii istoty człowieka). Szczególnie cenię sobie te działania Ducha Świętego, które ujawniają się wtedy, gdy rozum zawodzi; kiedy nie wiem o co, ani jak należy się modlić - wtedy, zgodnie z objawieniem jakim na ten temat dzieli się święty Paweł w liście do Rzymian, sam Duch Święty wstawia się za mną w miewysłowionych westchnieniach. Za to jestem Mu niewymownie wdzięczna; za ten luksus spokoju - Jego westchnienia zgodne są z myślą Bożą. To On, w zdumiewającym współdziałaniu z moim duchem utwierdza mnie w przeświadczeniu, że jestem dzieckiem Bożym! Ratuje mnie w ten sposób przed tzw. "obniżeniem nastroju". (Brzmi to dla mnie trochę jak termin muzyczny, ale mówią tak psycholodzy oraz osoby, które z pewnością nie myślą o sobie w kategoriach instrumentu. "Instrumentalne ich traktowanie" mogłoby stanowić poważny zarzut w ich ustach. Osobiście lubię myśleć czasami o sobie jako o instrumencie.Koniec dygresji.). Fascynuje mnie język, jego bogactwo a właściwie ubóstwo - jeśli chodzi o Ducha Świętego - Jego wsparcie jest wprost nieodzowne tam, gdzie "słów nam brak". Czy to w modlitwie, czy dla wyrażenia zachwytu, czy oburzenia.... Obecność Ducha Świętego, być może z powodu Jego lekkości (w końcu unosił się nad wodami...) jest tak cudownie subtelna i jednocześnie potężna; nie dziwi mnie fakt, że nie potrafię tego wyrazić, a właściwie zwerbalizować, bo, być może w inny sposób, bez użycia słów, udałoby mi się nieco lepiej...Albo przy użyciu innego języka. Czyż nie dlatego Duch Święty daje ów inny język właśnie wtedy, gdy "słów mi brak", by wypowiedzieć (wykrzyczeć? wyśpiewać?) mój zachwyt nad Bogiem, nad tym kim jest i jak działa, by jakoś wyrazić..., no właśnie, przecież nawet nie wiem jak nazwać te uczucia, które mnie przepełniają. I jak miałabym to zrobić bez Ducha Świętego? Co takiego jest we mnie, co mogłoby Go zasmucić? Oczywiście, to wszystko, co Paweł wymienia pisząc do Efezjan i w co wplata niejako tę, zaskakującą dla mnie prośbę o to, by oszczędzić smutku Duchowi Świętemu, - ale wymaga to jeszcze wiele modlitwy i uczciwej gotowości do zmiany z mojej strony - więc o tym kiedy indziej...Przeczuwam, że Duch Święty,mimo Pawłowego napomnienia, bywa smutny, tak więc i ta Osoba Boska nie jest wolna od bólu; czyżby kolejny ból odrzuconej, odepchniętej miłości? Po Bogu Ojcu ("Synów wychowałem...) i Bogu Synu (Do swej własności przyszedł...) także Bóg Duch Święty? Bywa zasmucony, ale pociesza... Ponownie zachwyca mnie połączenie delikatności (której spodziewamy się u kogoś, kogo można zasmucić) i potęgi ( przystawienie pieczęci, sama pieczęć- cały proces zapieczętowania kojarzą mi się z prawem własności i zdolnością egzekwowania owego prawa). Taka właśnie jest miłość - miłość Boga i takie też są najpiękniejsze rodzaje miłości jakie spotykam tu, na ziemi. Z powodu braku słów i "zaparcia tchu" z zachwytu nad tym, że Bóg w swej Łasce pozwala mi czasem wierzyć, że coś o Nim wiem zostawiam na razie próby pisania o Pocieszycielu, któremu zdarza się przeżywać zasmucenie; chciałabym jeszcze tylko dodać, że, jak każda Osoba, Duch Święty oprócz uczuć dysponuje też rozumem i wolą, które są wielkim, niedocenianym niejednokrotnie błogosławieństwem. Moje usiłowanie by zebrać i przekazać refleksje i odczucia na temat Ducha Świętego pomogły mi zdać sobie sprawę z (nie)wiedzy o Nim i Jego istocie. W procesie poznawania Go, jestem więc na etapie "świadomej niekompetencji". (Co stanowi pewien postęp, jako że opuściłam już etap pierwszy, mianowicie "nieświadomej niekompetencji" - czyli nie wiedziałam, że nie wiem a teraz "wiem, że (prawie) nic nie wiem"). Pewnego dnia, zgodnie z obietnicą Jezusa Chrystusa, On (Pocieszyciel, Duch Święty) "nauczy mnie wszystkiego"...Czekam (nie)cierpliwie.
czwartek, 26 sierpnia 2010
Dramat Syna
Rozważanie niektórych wypowiedzi Chrystusa budzi we mnie rodzaj współczucia dla Niego. W przypadku tej Osoby Boskiej pozwalam sobie na pewien uzasadniony poziom antropomorfizacji; czyż Biblia, najlepsze źródło wiedzy o Nim, nie stwierdza, że - z jednym wyjątkiem - był On do nas, ludzi podobny? To prawda, paradoksalnie (uwielbiam paradoksy i podejrzewam, że Bóg także) ten "wyjątek" (sześcioliterowe słowo, które, gdyby zapisać je z pominięciem ortografii, do czego, uchowaj Boże, nikogo nie namawiam, byłoby zaledwie czteroliterowym), to krótkie słowo, niesie w sobie przytłaczający ciężar i w sposób zasadniczy odróżnia Człowieka-Jezusa od absolutnie wszystkich innych przedstawicieli rodzaju ludzkiego. A przecież był człowiekiem i wyłączywszy to jedno, o czym w sposób prowokująco-zanęcający wspomniałam, "nic, co ludzkie nie było Mu obce". Podejrzewam, że chociaż uczucia, które Nim miotały (a może i targały?) nosiły te same nazwy, jakimi posługujemy się próbując opisać to, co dzieje się w nas i z nami, były nieco inne i to zarówno pod względem jakościowym jak i ilościowym. (Oj, chyba powiało dialektyką i to marksistowską ). Jednym ze smutniejszych fragmentów ewangelii spisanej przez Jana jest takie oto dość lapidarne stwierdzenie, pojawiające się niemal na początku Janowego przekazu:"Na świecie był i świat przezeń powstał, lecz świat go nie poznał. Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli." Powierzchownie, ale to bardzo powierzchownie rzecz ujmując, dostrzec by tu można kolejne odrzucenie, odepchnięcie, zamknięcie się przed kimś... wielu z nas spotkało się, a może właśnie spotyka się z czymś na kształt tego. Uczucie to nie jest nam obce. Przykro mi, Zbawicielu, że tak musiałeś się czuć. Zagłębiam się jednak, porzucając pospiesznie powierzchowność (której w żadnym znaczeniu tego słowa nie warto poświęcać zbyt wiele czasu ) w istotę Chrystusowego bóstwa i człowieczeństwa, i uczucia, jakich doświadczam są równocześnie z gatunku "mrożących krew w żyłach" jak i "zapierających dech". Jaka była Jego miłość i ile musiało jej być, skoro nie mając złudzeń co do natury człowieka i w pełnej świadomości tego, co Go spotka, mówi do Ojca: "Oto idę, oto przychodzę" To była zwielokrotniona miłość Ojca i Syna, gdy zawarli przymierze dotyczące odkupienia! (tu tracimy dech z zachwytu i podziwu!) Lecz świat Go nie poznał! Z zachowaniem wszelkich proporcji - co jest oczywiste - coś podobnego poczuł Odyseusz wracając do Itaki. Ale w wyżej cytowanym fragmencie i smutek nieporównywalnie głębszy i każde pojedyncze słowo aż ugina się pod ciężarem, jaki w sobie niesie. Pojęcie własności - czasem wydaje nam się, że mamy coś na własność; a przecież nikt niczego nie posiada w tak pełnym i skończonym sensie jak dzieje się to w przypadku Boga Ojca i Jezusa Chrystusa i ich nieograniczonego prawa posiadania. (Teraz będzie dłuższa dygresja: ile pychy musi być we mnie, skoro podejmuję zuchwałą próbę wyrażenia tego, co jest moim przeświadczeniem o więzi Boga z Jego najszerzej pojętym stworzeniem... W trakcie pisania, uderzyła mnie jednak myśl, nowa i zupełnie niedopracowana; jakoś nieswojo poczułam się używając określenia "skończony" (wprawdzie tylko sens ) w odniesieniu do Istoty niejako z definicji nieskończonej. Myśl jest taka: to, co dla człowieka skończone, dla Boga jest nieskończone, zaś to, co dla nas nieosiągalne, odległe jak nieskończoność, dla Boga jest skończone i pełne. Niedopracowana myśl, podkreślam.) Obawiam się jednak, że także jakość i ilość bólu, a nawet udręki, jaką Chrystus przeżywał, były nieporównywalne z tym, co nam dane jest doświadczać na miarę ludzką; więc niewyobrażalne i niemierzalne były Jego emocje - zarówno te miłe, jak i te przykre. Kiedy kochał, to "aż do końca" kiedy cierpiał, to aż do śmierci. Dlatego to, co do Niego czujemy, też ma odpowiednią temperaturę (zimne albo gorące byle nie letnie). Ale co to znaczy: odpowiednią? No, dobrze, zbliżoną do odpowiedniej.. (Dygresja końcowa: Oczywiście pamiętam kto, a właściwie jakie istoty rozpoznały Odyseusza. Niemniej, dopatrywanie się jakiejkolwiek analogii między nimi a Symeonem i Anną, którzy rozpoznali Mesjasza w Dzieciątku wydaje mi się świętokradczym nadużyciem, czym prędzej więc uciekam od tej myśli. Przynajmniej do czasu). Samą siebie i tych spośród moich czytelników, którzy pogrążyli się zbyt głęboko w smutku odrzucenia, zachęcam gorąco, byśmy natychmiast przeczytali następne zdanie o tym, że dano nam prawo stać się dziećmi Bożymi! "Dzieci Boże" -to dopiero brzmi dumnie (bo człowiek też brzmi, ale czasem ciut mniej, jak śpiewał Włodzimierz Wysocki, parafrazując Maksyma Gorkiego).
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Dramat Ojca
Nie wszystko, co wiąże się z osobą Boga, "zapiera mi dech". Są też takie sprawy dotyczące Jego istoty, które "mrożą mi krew w żyłach" (wyrażenie na tyle często używane, że zyskało już, mam nadzieję, rangę "public domain", nie muszę zatem czuć się winna popełnienia plagiatu). Korzystając z pośrednictwa proroka Izajasza Bóg zaczyna od tego, że dzieli się przepełniającym go uczuciem bólu z całym, praktycznie, stworzeniem: "Słuchajcie, niebiosa, i uważnie przysłuchuj się, ziemio! Gdyż oto Pan mówi: (teraz, teraz wypowie te słowa, które, ilekroć je czytam, sprawiają, że robi mi się zimno i strasznie) Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie." Walcząc z własną wyobraźnią, która bardzo antropomorfizuje obraz Boga Ojca i Jego sposób odczuwania, poddaję się i jednak widzę, "przed oczami duszy mojej" (wiem, Szekspir, ale czyje tłumaczenie?) postać Ojca, w średnim wieku, może amerykańskiego farmera, (nic na to nie poradzę, ale wygląda trochę jak długowłosy pieśniarz z zespołu Gaither Band) siedzącego na wysokim kamieniu, z widokiem na to wszystko, co piękne, żyzne i bogate; wszystko to z wielką miłością i starannością przygotował dla tychże wypiastowanych przez Niego synów. A teraz krzyczy tak, że słyszą Go Niebiosa i Ziemia; w tym krzyku jest ból odrzuconej miłości.... Nam ludziom też nieraz (pewnie częściej niż rzadziej) jest dane odczuwać taki ból. Cóż, jesteśmy w tym podobni do naszego Stwórcy i Ojca...W Nim jednak nieodmiennie jest Miłość, która, nawet odrzucona, sama nie odrzuca. I w tym miejscu znowu "zapiera mi dech"!
niedziela, 22 sierpnia 2010
Nieśpieszny schyłek lata
Bo to przecież jeszcze nie jesień i to w żadnym sensie; ani w meteorologicznym, ani w takim, w jakim używam nazw pór roku dla nazywania okresów mojego życia... Używam ich zresztą dość niekonsekwentnie - bo nie mam pojęcia, jak nazwę tę porę roku, która nastanie, gdy skończy się jesień? Piąta pora roku? (Wiem, wiem, wszyscy inteligentni, potencjalni czytelnicy mojego bloga - a w istnienie nieinteligentnych po prostu nie wierzę- myślą o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim i o tym, że to jemu pierwszemu udała się ta fraza "piąta pora roku", ale ja używam jej w sensie prozaicznym a nie poetyckim. Zresztą, chociaż lubię jego poezję to pewnym marnotrawstwem wydaje mi się sposób i kontekst użycia tej frazy przez poetę. Przypomina mi to gotowanie krupniku na pięknym kawałku wołowej polędwicy. Koniec dygresji). Ostrzegam moich PT czytelników (wiadomo, że nie jest to skrót od potencjalnych...), że choć nie jestem, jak kiedyś podejrzewałam, grafomanką (im, podobno czytelnicy nie są potrzebni, mnie zaś tak!) to mam skłonność do dygresji i to wielopiętrowych. Wykazują one (te dygresje) także podobieństwo do rosyjskich laleczek, zwanych matrioszkami.
Nazywając rzecz po imieniu, nieobce mi gadulstwo, charakteryzujące sporą część ludzi u schyłku lata lub w jesieni życia, spowodowane jest zapewne częściowo tą ilością "skarbów", jakie, nagromadziwszy w ciągu naszego życia, pragniemy przekazać tym, których kochamy i których, czasami niezupełnie w zgodzie z ich wolą, chcemy tymi "skarbami" uszczęśliwić.
Mam więc nadzieję, że blog, który dziś właśnie dla mnie utworzono (Dzięki Wielkie!) "ureguluje" rzekę myśli i wodospady przeżyć oraz fale uczuć, których zmagazynowanie i pozostawienie na swój wyłączny użytek wydaje się egoizmem i skąpstwem. Zamierzam być rozrzutna. Chcę w tym naśladować Boga - bo Jego rozrzutność w Miłości jest taką Jego cechą, że gdy nad nią medytuję, to "aż mi dech zapiera"! (znów wcześniej użyto tego niezwykle celnego wyrażenia, np Sienkiewicz w "Potopie"). Witam więc na blogu słowami zachęty, dla samej siebie i dla innych: "Niech mówią odkupieni przez Pana!" (cytat z Psalmu 107)
Subskrybuj:
Posty (Atom)